Zaplamiona strona dziennika zapisana pismem odręcznym
Strigoi (Strona) - Baza Danych Lore NWGuide
Strigoi (Strona) Zaplamiona strona dziennika zapisana pismem odręcznym - w Bazie Danych Lore New World Guide. Przeczytaj treść dokumentu.
Pozostali również to poczuli. Może jednak zmęczeni pracą zastygliśmy w bezruchu niczym do rodzinnego portretu i nie śmieliśmy – nie mogliśmy się poruszyć. Ku naszemu zawstydzeniu to Talbot sprawił, że zdołaliśmy obrócić głowy. Z jego gardła wydobyło się wysokie wycie, od którego włosy na karku stanęły mi dęba. Był to dźwięk, którego nigdy wcześniej nie wydał. Ożywieni, obróciliśmy się jak na sznurkach w stronę skalistego klifu górującego nad piaszczystym brzegiem. Jak nam się zdawało, panował dzień, choć wyspę nieustannie spowija mrok. Ciężkie chmury oplatają jej białe zęby niczym całun pogrzebowy. Mimo bystrego wzroku, niezbędnego tym, którzy nakłaniają morze do swoich celów, nie mogliśmy dostrzec twarzy obserwatora na blankach powyżej, widzieliśmy jedynie, że nosił jakiś kaptur, gdyż inaczej jego głowa byłaby przekrzywiona pod niemożliwym kątem. Czy to strach sprawił, że nasze oczy prześlizgiwały po jego postaci, niezdolne prawdziwie ją dostrzec? W takim wypadku byłby to dla mnie pierwszy raz, gdyż nigdy wcześniej nie zaznałem tak niskich emocji. Ponad wszystko ceniłem zdolność zachowania dystansu i podejmowania najlepszych decyzji z precyzyjnym wyczuciem czasu i osądem. Nie były to tylko umiejętności nabyte przez lata edukacji i treningu, ale jak wielokrotnie napominałem Edwarda, był to również wyższy instynkt przekazywany przez pokolenia naszego szlachetnego rodu, podobny cechom wilczarza, który właśnie udowodnił swoją wyższość nad nami wszystkimi. Przez całe życie nie dopuszczałem do siebie strachu, lecz teraz zagnieździł się między moimi ramionami i z rozkoszą rozdzielonego na długo kochanka wwiercał się z gwałtowną zachłannością w moje ciało lodowatymi, kościstymi palcami.
Nasz zakapturzony obserwator stał nieruchomo przez kilka zastygłych oddechów, aż w końcu lepsza strona mojej natury pobudziła mnie do działania. A może to była po prostu narastająca ekscytacja i ulga na widok innej żywej istoty na tej opuszczonej wyspie. Zawołałem, lecz obserwator, jakby w odpowiedzi, wskazał jedynie ręką w głąb lądu, niczym igła kompasu, po czym odwrócił się i zniknął w gęstej dżungli za krawędzią klifu.
Wtedy po raz pierwszy wyraźnie usłyszałem, co kucharz Petru mamrotał do siebie od czasu, gdy obudził się obok mnie na tych ponurych brzegach. Nie była to, jak wcześniej przypuszczałem, modlitwa z jego rodzinnych stron nad Morzem Czarnym. Wypowiadał pojedyncze słowo: "Strigoi".
